Kulturalnie

Prześliczny wiolonczelista

Saturday, 15.09.2012 09:00 |  Autor: Katarzyna Kasprzyk | 
Rozmowy |  Kulturalnie
O płyciznach intelektualnych obecnego dziennikarstwa, małych i dużych przyjemnościach, smakach i zapachach z dzieciństwa, o Warszawie, Berlinie i wysportowanych wiolonczelistach znających się na rachunkowości rozmawiamy z Agatą Passent.
Agata Passent, fot. Wojtek Wieteska
Agata Passent, fot. Wojtek Wieteska
Trwa wysyłanie Twojej oceny...
Ocena: 5.0 z 5. 3 ocen.

Kim chciała być mała Agata?

Miałam chyba mocno zaburzoną tożsamość płciową, bo chciałam być chłopcem. Wkraczałam w takie rewiry, jak piłka nożna, hokej. Tak, chciałam być hokeistą, później strażakiem. Nigdy nie marzyłam, żeby być felietonistką. Dużo zawdzięczam swojej pierwszej szefowej z redakcji „Twojego Stylu”, pani Krystynie Kaszubie – ona wiele mnie nauczyła i dała mi szansę w postaci stażu, a później współpracy i możliwości pisania stałych felietonów.

A miałaś tremę przed pierwszym felietonem? Z jednej strony ojciec: Daniel Passent, guru polskiego felietonu, z drugiej matka: Agnieszka Osiecka, niezwykła poetka. Czułaś presję?

Nawet nie. Wcześniej pracowałam w takim słodkim czasopiśmie dla dziewczyn „Filipinka”. Pewnie mało kto je pamięta, ale to było pismo z misją, dla dorastających dziewczyn. Oprócz banalnych tematów urodowych były tam też całkiem niezłe teksty literackie, psychologiczne, satyryczne. Ja prowadziłam korespondencję ze Stanów Zjednoczonych.

Nie czułam się stremowana, dla mnie felieton to naturalna forma wypowiedzi: pisząc, czuję, że rozmawiam. Nie jest tak, że siadam i myślę: „teraz to stworzę pomnikowe dzieło”. Co do rodziców – ja miałam zawsze prawo do własnego głosu. Nie porównuję swojej skali do skali tematów, jakie porusza mój tata. On jest już mentorem, wybitnym felietonistą, zajmuje się losami Polski, polityką, a ja bardziej przyziemnymi tematami: stylem życia, parodią, literaturą, sztuką, życiem miasta. Chyba mamy zupełnie różny styl i różne dziedziny nas fascynują. Prywatnie się uwielbiamy.

Rodzice nigdy nie podkreślali, że są w czymś lepsi ode mnie, ani nie stawiali się na pomniku.

Dziennikarstwo to niezwykle powierzchowny zawód, a ostatnie lata są wręcz tragiczne dla tej dziedziny. Smutno mi patrzeć na to, co się dzieje w mediach, w tytułach, które jeszcze kilka lat temu były ważne, opiniotwórcze, miały walor edukacyjny. Teraz wszystko się nieprawdopodobnie tabloidyzuje. Kryzys finansowy przekłada się na jakość tekstów, na jakość ludzi, których się zatrudnia. Ja jeszcze miałam to szczęście, że poprzez rodziców (mama także była dziennikarką, też pisała felietony) otarłam się o ten stary, klasyczny styl funkcjonowania redakcji. Wtedy dziennikarze spotykali się i omawiali każdy numer pisma. W redakcjach poszukiwało się ludzi naprawdę utalentowanych, pisało się teksty, a nie (tak jak teraz) tylko „tworzyło content”. Obecnie dziennikarzom narzuca się szaleńcze tempo, nie mają czasu, żeby zrobić porządny research, żeby wycyzelować tekst. Nie mają sił, żeby się samemu rozwijać – nie czytają i stąd ubogie słownictwo. Ja też padam tego ofiarą, jestem częścią tych mediów. Więc stan zniesmaczenia jest dla mnie próbą wyjścia z sytuacji. Nie marzyłam nigdy, żeby być dziennikarką, i zgadzam się tutaj z tatą, że jest to powierzchowne zajęcie i takie bardzo „motyle”. Bo dobre filmy czy książki zostają na długo, a co było w przedwczorajszej gazecie? Tego nikt nie pamięta.

Za to forma felietonu na pewno się broni, po znakomitych felietonistów sięga się po wielu latach – „Kroniki” Prusa są dobre do dziś o każdej porze dnia.

1 2 3 4  

Wasze opinie 

Komentarze

Jeszcze nikt nie komentował‚ tego tekstu.