Smaki

Dzikie Białko

Tuesday, 15.10.2013 09:00 |  Autor: Joanna Pinkwart | 
Gdzie zjeść |  Smaki
W dobie wszechobecnych galerii handlowych, w których można znaleźć wszystko (i nic zarazem), wydaje się trudne zdobyć do jedzenia coś prawdziwego, kolorowego z natury, a nie z barwników sztucznych, ale nade wszystko ekologicznego nie z nazwy i z ceny, a z pochodzenia. Jednak są takie miejsca w Warszawie, gdzie pomidor smakuje jak pomidor, a jajka nawet wyglądają jak jajka! Takie miejsca to hale targowe, bazary i malutkie bazarki, których jest coraz więcej na każdym rogu. Tylko czy nawet w takich miejscach można ufać, że - jak kiedyś bohaterowie powieści Joanny Chmielewskiej - w ogóle znajdziemy prawdziwie dzikie białko? I czy - jeśli je znajdziemy - pójdziemy z zakupami do domu, czy po prostu pójdziemy z torbami?
Połączenie targowiska z barem
Połączenie targowiska z barem
Trwa wysyłanie Twojej oceny...
Ocena: 5.0 z 5. 5 ocen.

Prawdziwych rolników już nie ma

Może niezupełnie nie ma, ale z pewnością jest ich coraz mniej. Jestem na bazarze przy Hali Mirowskiej. Tu tradycja targowa ma ponad sto dziesięć lat i to tutaj przed wojną było największe centrum handlowe Warszawy. Teraz też jest to najczęściej odwiedzany bazar, bo i stoisk wiele i wydawało by się, że wybór duży. Ale od razu widać, że w jednych stoiskach kłębią się tłumy kupujących, a w innych nawet sam sprzedawca nie wydaje się być swoim towarem zainteresowany, więc - oczywiście - zmierzam do tych najbardziej obleganych.

Tu chyba albo dobre ceny, albo dobre warzywa! Tu staniemy, Ania! - słyszę za sobą. Obok mnie ogonek na kilkanaście osób. Sama też w nim stoję. No i dobrze - myślę. Zobaczymy co tu dają. Kupuję cebulę i rzodkiewkę. Pytam pana, czy to z jego działki. Nie, proszę pani. Niestety! Kiedyś miałem pole, trójkę dzieci, ale wszystko się rozeszło po świecie i nie ma komu na polu robić. Musiałem sprzedać... Teraz to tak się bierze z hurtowni, żeby sprzedawać... Najczęściej. Sprzedawca dodał jeszcze z prawdziwym żalem, że dzieci na pewno na wieś nie wrócą i chyba już nigdy rzodkiewki sam uprawiać nie będzie, więc cóż... taka jest cena postępu? Za to cena cebulki zdecydowanie niższa, niż w supermarkecie.

Idę dalej. Tu też spora kolejka. Kupuję buraczki i botwinkę. Też przywożone, ale już jakby bardziej swojsko. Pani! Ja jestem niestety warszawianka od czterech pokoleń! I zawsze bardzo tego żałuję... Na szczęście mąż ze wsi, więc chociaż tyle kontaktu z naturą mamy. O! I takie buraczki jeszcze pani polecam. To właśnie od męża! No, ale taka wieś, wie pani, czterdzieści kilometrów od Warszawy, to każdy ma po dwa samochody, satelitę i taki dom, że rany boskie... To czy można mówić o tym "wieś"?

1 2 3 4  

Wasze opinie 

Komentarze

Jeszcze nikt nie komentował‚ tego tekstu.